Czarnobylska modlitwa. Kronika przyszłości.

– Kobieta w ZSRS miała zawsze do czynienia z mężczyzną z traumą: wracał albo z

wojny, albo z więzienia, albo jako ofiara kataklizmu. Kobiety zawsze były tu silniejsze

od mężczyzn. Musiały. Żyliśmy pod wielkim ciśnieniem kultury rosyjskiej, wielkiego

rosyjskiego państwa, a to – można śmiało powiedzieć – była idea męska, wojenna,

uformowana na kulcie siły. Kiedy zawaliło się imperium, runął świat męskich wartości i

otworzyła się kobieca karta dziejów. To, co powoli formuje się w nowym, obywatelskim

społeczeństwie, jest o wiele bliższe kobietom – mówi Swietłana Aleksijewicz, najbardziej

znana Białorusinka, pisząca po rosyjsku i znana w świecie pisarka,. A ponieważ

podpisuje się pod protestami wobec niegodziwości naszych czasów, jej książki nie

ukazują się ostatnio w kraju ojczystym.

Czarnobylska modlitwa. Kronika przyszłości.

Swietłana Aleksijewa, str. 209   Wyd. Czarne, 2012 [Nobel 2015]

czarnobylska-modlitwa-kronika-przyszlosci-u-iext8320039

„26 kwietnia 1986 roku o godzinie pierwszej minut dwadzieścia trzy pięćdziesiąt osiem sekund seria wybuchów obróciła w ruinę reaktor i czwarty blok energetyczny elektrowni atomowej w położonym niedaleko granicy białoruskiej Czarnobylu. Awaria czarnobylska była najpotężniejszą z katastrof technologicznych XX wieku”.

Dwadzieścia lat później Swietłana Aleksijewicz wróciła do Czarnobyla. Rozmawiała z ludźmi, dla których ten dzień był końcem świata, którzy żyć nie powinni, ale przeżyli i żyją, bo żyć trzeba. A oni opowiedzieli jej o tym, co wydarzyło się wtedy, i o tym, co jest tam dziś. O ponad dwóch milionach Białorusinów, których zapomniano przesiedlić poza strefę skażoną, o dzieciach bez włosów, o zwierzętach o smutnych oczach, które zamieszkały w porzuconych domach, o dziwnych stworach, które pojawiły się w rzekach i lasach. I o tym, że mimo wszystko ludzie chcą być szczęśliwi.

Podobnie jak w książce o radzieckich żołnierkach wybitna białoruska dziennikarka stawia nas wobec bezlitosnej prawdy. To książka o apokalipsie, która nastąpiła pewnej kwietniowej nocy tuż za naszą wschodnią granicą.

,,,,,,,,,,

Jestem właśnie tym człowiekiem, który jest pani potrzebny… Nie omyliła się pani…

Od wczesnej młodości miałem nawyk zapisywania wszyst­kiego. Na przykład kiedy Stalin umarł – co działo się na ulicach, o czym pisano w gazetach. Czarnobyl też zapisywałem, od pierw­szego dnia, wiedziałem, że minie czas i o wielu sprawach się zapomni, znikną bezpowrotnie. I tak właśnie było. Moi przyja­ciele, fizycy jądrowi, byli w centrum wydarzeń, ale zapomnieli, co wtedy czuli, o czym ze mną rozmawiali. A ja mam wszystko zapisane…

Tamtego dnia… Jestem kierownikiem laboratorium Instytutu Energetyki Jądrowej Białoruskiej Akademii Nauk. Przyjechałem do pracy, instytut mieścił się za miastem, w lesie. Cudowna pogoda! Wiosna. Otworzyłem okno. Powietrze czyste, świeże. Zdziwiłem się – jakoś dzisiaj nie przylatują sikorki, które karmi­łem całą zimę, wywieszając za oknem kawałki kiełbasy. Czyżby znalazły lepsze przysmaki?

A w tym samym czasie w naszym reaktorze instytutowym pa­nika: przyrządy dozymetryczne wskazują na wzrost promienio­wania, na filtrach powietrza podniosło się dwustukrotnie. Moc dawki koło portierni – około trzech milirentgenów na godzi­nę. Sytuacja więc bardzo poważna. W pomieszczeniach niebez­piecznych ze względu na radiację, przy pracy nie dłuższej niż sześć godzin, taka moc to górna granica normy. Pierwsze przy­puszczenie – w strefie aktywnej rozhermetyzowała się koszul­ka któregoś z prętów paliwowych. Sprawdziliśmy – wszystko w porządku. A może z laboratorium radiochemicznego wieźli pojemnik i tak potrząsnęli nim po drodze, że uszkodzili osłonę wewnętrzną i skazili otoczenie? No i spróbuj, człowieku, wymyć plamę na asfalcie! Co się stało? A tutaj jeszcze przez radiowęzeł ogłaszają, że pracownikom zaleca się nie wychodzić z budynku. Między korpusami zrobiła się pustka. Ani żywej duszy. Nieprzy­jemnie jakoś. Dziwnie.

Dozymetryści sprawdzili mój gabinet – „świeci” biurko, „świe­ci” ubranie, ściany… Wstaję, nie mam ochoty nawet siedzieć na krześle. Wymyłem głowę nad umywalką. Popatrzyłem na dozymetr – nie ma wątpliwości. Czyżby to jednak u nas, awaria w naszym instytucie? Wyciek? Jak teraz dezaktywować autobusy, które rozwożą nas po mieście? Pracowników? Trzeba łamać gło­wę… Bardzo byłem dumny z naszego reaktora, przestudiowałem każdy jego milimetr sześcienny…

Dzwonimy do elektrowni w Ignalinie, jest tuż obok. Tam też panika, przyrządy to samo wyrabiają… Dzwonimy do Czarnobyla… Nie odpowiada żaden telefon… Przed obiadem już wiadomo. Nad całym Mińskiem unosi się obłok radioak­tywny. Ustaliliśmy – aktywność jodowa. Awaria któregoś z re­aktorów.. .

Pierwsza reakcja: zadzwonić do żony, ostrzec ją. Ale wszyst­kie telefony w instytucie są na podsłuchu. O, ten wieczny, wtła­czany nam przez dziesięciolecia strach! Ale przecież oni tam nic nie wiedzą… Córka po zajęciach w konserwatorium spa­ceruje z przyjaciółkami po mieście. Je lody. Zadzwonić?! Mogą być nieprzyjemności. Nie dopuszczą mnie do tajnych prac… Mimo wszystko nie wytrzymałem, podnoszę słuchawkę. „Słu­chaj mnie uważnie”. ,,O co ci chodzi”? – pyta głośno żona. „Ci­cho. Zamknij lufciki, wszystkie produkty żywnościowe wsadź do worków foliowych. Włóż gumowe rękawiczki i przetrzyj mokrą szmatką wszystko co się da. Szmatkę też do torby fo­liowej i schowaj jak najdalej. Jeśli suszysz na balkonie bieliznę, to daj do prania jeszcze raz. Nie kupuj chleba. I w żadnym wypadku ciastek na ulicy…” „Co się u was stało?” „Cicho. Rozpuść dwie krople jodyny w szklance wody. Umyj głowę…”

Nie dałem jej dokończyć, odłożyłem słuchawkę. Powinna się domyślić, sama jest pracowniczką naszego instytutu. A je­śli kagebista słuchał, to na pewno zapisał dla siebie i rodziny zbawienne rady.

O piętnastej trzydzieści dowiedzieliśmy się, że to awaria czar­nobylskiego reaktora. Wieczorem wracamy do Mińska służbowym autobusem. Przez pół godziny, które zajmuje nam droga, milczymy albo mówimy o rzeczach mało istotnych. Boimy się mówić głoś­no o tym, co się stało. Każdy ma legitymację partyjną w kie­szeni.. .

Przed drzwiami mieszkania leżała mokra szmata. Widać, że żona wszystko zrozumiała. Wchodzę, w przedpokoju zrzucam garnitur, koszulę, rozbieram się do majtek. Nagle ogarnia mnie wściekłość… Do diabła z tą tajemniczością! Z tym strachem! Biorę książkę telefoniczną… Notesy córki, żony… Zaczynam dzwonić do wszystkich po kolei, że jestem pracownikiem In­stytutu Fizyki Jądrowej, że nad Mińskiem wisi chmura radio­aktywna… A potem wyliczam, co należy przedsięwziąć: umyć głowę mydłem gospodarczym, pozamykać lufciki… Co trzy, czte­ry godziny przecierać podłogę mokrą szmatą. Bieliznę z balko­nu ponownie wyprać… Wypić roztwór jodowy. Jak prawidłowo zażyć… Reakcja ludzi: „Dziękuję”. Żadnego wypytywania, żad­nego lęku, nic. Myślę, że mi nie uwierzyli albo nie byli w stanie ogarnąć skali tego, co się stało. Nikt się nie przestraszył. Cieka­wa reakcja. Zdumiewająca!

Wieczorem telefon od przyjaciela. Fizyk jądrowy, docent… Co za beztroska! Z jaką wiarą żyliśmy! Dopiero teraz to rozumiemy… Dzwoni i mówi, że na majowe święta chciałby wyjechać… Do teściów, na Homelszczyznę, skąd do Czarnobyla jest dosłow­nie parę kroków. A on jedzie z małymi dziećmi. „Znakomity pomysł! – wrzasnąłem. – Chyba oszalałeś!”. To właśnie nasz profesjonalizm. I nasza wiara. Darłem się. On dzisiaj pewnie nie pamięta, że uratowałem jego dzieci… (Po pauzie). My… Mówię o nas wszystkich… Nie zapomnieliśmy o Czar­nobylu, tylko go nie zrozumieliśmy. Co dzikusy mogą zrozumieć z błyskawicy?

W eseju Alesia Adamowicza jest rozmowa z Andriejem Sacha­rowem o bombie atomowej… „A wie pan, jak pięknie pachnie ozonem po wybuchu jądrowym?” – zapewniał go akademik, ojciec radzieckiej bomby wodorowej. W tych słowach pobrzmie­wa romantyka… Którą odczuwam ja… Całe moje pokolenie… Proszę wybaczyć, po twarzy widzę reakcję… Pani myśli, że za­chwycamy się tym koszmarem na skalę światową… A nie ludz­kim geniuszem… To teraz energetyka jądrowa została poniżona, okryta hańbą. Moje pokolenie… W czterdziestym piątym roku, kiedy eksplodowała pierwsza bomba, miałem siedemnaście lat. Lubiłem fantastykę, marzyłem o locie na inne planety, wierzyłem, że energia jądrowa zaniesie nas w kosmos. Rozpocząłem studia w instytucie energetyki w Moskwie i tam dowiedziałem się o istnieniu ściśle tajnego wydziału fizyczno – energetycznego. Lata pięćdziesiąte, sześćdziesiąte… Fizycy jądrowi… Elita… Wszyscy

zachwyceni przyszłością… Humanistów odsuwa się na bok…

Nauczyciel w szkole opowiadał nam, że trzy kopiejki zawierają energię, zdolną uruchomić elektrownię. Aż dech w piersiach zapierało! Zaczytywałem się książkami Amerykanina Smytha, który opisywał, jak wynaleziono bombę atomową, prowadzono badania, podawał szczegóły wybuchu. U nas wszystko trzymano w tajemnicy. Czytałem… Wyobrażałem sobie… Powstał film o radzieckich badaczach atomu Dziewięć dni jednego roku. Był bardzo popularny. Wysokie pensje i tajemniczość wzmagały romantyczną  atmosferę wokół tej profesji. Kult fizyki! Epoka fizyki!

Nawet tedy gdy w Czarnobylu już walnęło… Jakże wol­no rozstawali my się z tym kultem… Wezwaliśmy uczonych… Przylecieli do reaktora specjalnym samolotem, wielu nie wzięło ze sobą nawet przyborów do golenia, myśleli, że lecą na kilka godzin. Zaledwie na kilka godzin. Chociaż powiedziano im, że w elektrowni atomowej nastąpił wybuch. Oni jednak wie­rzyli w swoją fizykę, wszyscy byli z pokolenia owej wiary. Epoka fizyki skończyła się w Czarnobylu…

Pani już inaczej patrzy na świat… U mojego ulubionego filo­zofa Konstantina Leontjewa wyczytałem, że rezultaty rozpusty fizykochernicznej zmuszą kiedyś rozum kosmiczny do ingeren­cji w nasze ziemskie sprawy. A nam, wychowanym w czasach Stalina, na myśl nie przychodziło nawet istnienie jakichkolwiek sił ponadnaturalnych. Światów równoległych…

Dopiero potem przeczytałem Biblię… I ożeniłem się dwa razy z jedną i tą samą kobietą. Odszedłem i wróciłem. Jeszcze raz się spotkaliśmy… Kto mi ten cud wytłumaczy? Życie to rzecz zdumiewająca! Za­gadkowa! Teraz wierzę… W co wierzę? Że trójwymiarowy świat jest już zbyt ciasny dla współczesnego człowieka… Dlaczego dzi­siaj tak się interesujemy inną rzeczywistością? Nową wiedzą… Człowiek odrywa się od ziemi… Operuje innymi kategoriami czasu, nie samą Ziemią, ale różnymi światami.

Apokalipsa… Zima nuklearna… W sztuce Zachodu wszystko to już opisano… Namalowano… Nakręcono… Szykowano się na spotkanie przy­szłości… Wybuch wielkiej ilości broni jądrowej doprowadzi do potężnych pożarów. Atmosfera nasyci się dymem. Promienie słoneczne nie zdołają przebić się do Ziemi, a poza tym nastąpi reakcja łańcuchowa – będzie zimno, coraz zimniej. Tę wersję o  „końcu świata” wpaja się ludziom od czasu osiemnastowiecz­nej rewolucji przemysłowej. Ale bomby atomowe nie znikną na­wet wtedy, kiedy zniszczona zostanie ostatnia głowica nuklearna. Pozostanie wiedza…

Pani milczy… A ja się z panią cały czas wykłócam… To jest spór międzypokoleniowy… Zauważyła pani? Historia atomu to nie tylko tajemnica wojskowa, nie tylko zagadka, przekleń­stwo. To nasza młodość, nasza epoka… Nasza religia… A teraz? Teraz i mnie się wydaje, że światem rządzi ktoś inny, a my ze swoimi armatami i statkami kosmicznymi jesteśmy jak dzieci.

Ale do pewności jeszcze mi daleko… Jeszcze się w tej wierze nie utwierdziłem… Życie to zdumiewająca sprawa! Kochałem fizykę i myślałem, że niczym poza fizyką nigdy nie będę się interesował, a teraz chcę pisać. Na przykład o tym, że nauka nie jest zado­wolona z człowieka – człowiek, żywy człowiek jej przeszkadza. Mały człowiek ze swoimi małymi problemami. Albo o tym, jak kilku fizyków może zmienić cały świat. O nowej dyktaturze. Dyktaturze fizyków i matematyków…

Odsłoniło mi się jeszcze jedno życie… Przed operacją… Już wiedziałem, że mam raka… Myślałem, że moje dni są już policzone, że zostało mi ich niewiele, no i strasznie nie chciałem umierać. Nagle zacząłem dostrzegać każdy listek, barwę kwiatów, czyste niebo, jasnoszary asfalt, pęk­nięcia na nim, a w nich snujące się mrówki. Nie, myślę teraz, muszę je omijać. Szkoda ich. Po co mają umierać? Zapach lasu mnie wręcz oszałamiał… Zapach odbierałem jeszcze silniej niż kolor. Leciutkie brzozy… Ciężkie świerki… I tego wszystkiego mam już nie zobaczyć? Chcę żyć! O sekundę, o minutę dłużej! Dlaczego tyle czasu, tyle godzin, tyle dni przesiedziałem przed telewizorem, wśród stert gazet?

Najważniejsza sprawa to życie i śmierć. Nic innego nie istnieje. Niczego innego nie można rzucić na szalę… Zrozumiałem, że sens ma tylko żywy czas… Nasz żywy czas…

Walentin Aleksiejewicz Borisewicz,

były kierownik laboratorium Instytutu Energetyki Jądrowej Akademii Nauk Białorusi

http://www.alexievich.info/artikl/Leszek%20Wolosiuk_SA.pdf

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s